1997  Supraśl Powrót do strony startowej

Relacja pani Katarzyny od teraz zwanej Kasią vel Brzezina.

Osoby
1.Tomasz & Brzezina - Honda CBR 1000F
2.Krzysztof i Anna - Honda Africatwin
3.Bogdan - Honda Trans

Dojazd.


Zarełko przed dojazdem ...Dzień był sennie gorący, jak moja drzemka na ławie przed tawerną. Obolałym pośladkom dałam odpocząć, oczom odetchnąć. Jedyne co nie pozwalało dopełnić studium rozkoszy to pragnienie. Jako jedna z nielicznych miałam możliwość zanurzenia czubka swojego nosa w białej, zimnej pianie piwa nazwy którego nie pamiętam. Błędny wzrok Tomasza, skręcającego się na widok zimnego piwa wlewanego w moje czeluście był dla mnie wystarczająco satysfakcjonującym. Pot zalewał mu czoło, kosmyk jego bląd włosów wołał w krople deszczu. Ania, żona Krzysztofa jest jedyną osoba na świecie, która może wytrzymać upał w jakiejkolwiek postaci. Nie istnieje dla niej problem gorąca jednak dzisiaj na postoju nie wystawiła nosa ku słońcu lecz jako i my zaszyła się w półcieniu siatki maskującej. Co do strawy to wolę jej nie komentować. Dobrze, że nikomu się nic nie stało.

Dzień pierwszy.


Przed kapielnikiemPo noclegu, którego inicjacji wolałabym nie pamiętać z powodu chaosu i innych takich wychynął się nowy dzień - jak to bywa na zlotach nie od kur piania a od ryku odpalanych i wstępnie katowanych maszyn.
Było gorąco, nawet nad większą kałużą w której odważyli się popływać nieliczni kamikadze. Siedząc na brzegu starałam się nie wdychać powietrza zawierającego obrzydliwe w tym okresie alergeny pyłów traw. Jednako życie na bezdechu nie może trwać zbyt długo. Zapyliłam się a świat widziany zza spuchniętych powiek nie wydaje się już tak kolorowym. Dzień nabierał treści ...


KurzawkaBy poprawić sobie humor zaaplikowałam sobie nową dawkę alergenów na wycieczce po okolicy. Zbieraniną wszelakich pojazdów udaliśmy się do meczetu w Kruszynianach. Ostatni Tatar nawracał nas na mahometanizm - chyba nieskutecznie.W meczeciku było chłodno, wilgotno i trąciło troszkę stęchlizną - ach te dywany. Bogdan jako prowadzący prowadzącą organizatorkę przegonił nas polnymi drogami do Bobrowników. Wytrzęsieni i upyleni dotarliśmy do w końcu do drogi bitej.

 


KostkaDroga bita kamienną kostką była jeszcze gorsza od polnych, tyle że nie pyliło. Bogdan znowu ćwaniaczył jadąc po w miarę równym krawężniku. Ale nic to i tak musiał na nas czekać [na zdjęciu właśnie dojeżdżamy]. Rozdygotani dojechaliśmy w końcu na zlotowisko. Nawet nie jesteście w stanie sobie wyobrazić jak mi smakowało piwko.
Co do zlotu, to coś tam się działo, hałasowało, popiardywało z cicha. Brak było jakiegoś ładu w tym wszystkim.

 

 

Dzień drugi.


Na kubusiaWyrwaliśmy ze zlotu odpocząć trochę od orania i palenia gumy. Jakoś nie mogę się przyzwyczaić do tego zapachu. Namówiłam chłopaków na odwiedzenie znajomych w domku zaszytym w paszczy Augustowskiej. A upał znowu dał się we znaki. Tutaj jako samotni podróżni podczas przerwy : baby po piwku, chłopy po marchewkowym kubusiu.

 


Zajechali ułaniZnajomych oczywiście nie było. Mogliby by przynajmniej zostawić kartkę w drzwiach "Kasiu nie ma nas - nie szukaj nas na polu, koło lasu i w niezbyt odległej leśniczówce" - tyle drogi bym zaoszczędziła.

 

 


KózkaJa latałam jak głupia a oni sobie kózkę głaskali. No nic, pocałowawszy klamkę, nie napiwszy się świeżego, zimnego mleka i nie zakąsiwszy wielką pajdą wiejskiego chleba ze smalcem i solą pojechaliśmy w tumanach piachu na północ.

 

 


Wody ......


KniejeJak Bogdan prowadzi przez pola i łąki to szybko zachciewa się pić. Na małym mosteczku zrobiliśmy sobie drobną przerweczkę. Ten facet w wodzie to nie trup a Krzysio, który właśnie zaciąga wodę we wnętrzności jak wielbłąd i we włosy jak Indianin. Ochłonęliśmy wszyscy, z wyjątkiem wycieczki kajakowej jaka u podnóża szykowała się do wycieczki.

 


Ateny ?Znowu polne drogi i w końcu wymarzony przeze mnie (i Tomasza) ASFALT, a w zasadzie jego namiastka. Bogdan wyprowadził nas pod ATENY. Ciekawą miał mapę. Potem patrząc na nią minął Suwałki, zabawił z nami pod wiaduktami w Stańczykach (co on widzi w tej kupie betonu ?) i ku naszej uciesze zabrakło mu paliwa. Zaczarował motor kładąc go na lewym boku i tak dojechał szczęśliwie do stacji.

Narzekając na ciepło, nie znalazłszy jeziora po drodze do kąpieli dojechaliśmy do "warszawki" w Pasłęku. Świńskim truchtem wycięliśmy do domu.

No cóż, za rok może znowu do Supraśla ?


Akcje: | Na poczatek strony | Powrót do strony głownej CopyRight (c) Bogdan Chudzikiewicz